Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Nie mów Mawinowi o naszej rozmowie.Niech sam mi to opowie.Samochód zatrzymał się przed słabo oświetlonym budynkiem – zabytkiem architektury.Najstarszy i najładniejszy Pałac Inkwizycji w kraju.–Klaw…Poczuł, że trzyma go za rękaw.–Klaudiuszu… Czy ty to wszystko rozumiesz? Co się dzieje? Powstrzymasz to, prawda?Otworzyły się drzwiczki.Szofer schylił głowę w pełnym szacunku ukłonie, zapraszając dwoje inkwizytorów do wyjścia.Nieprzyjemnie zaskoczony jej słabością, chciał odpowiedzieć coś uspokajającego i zarazem nieokreślonego – ale w tym momencie nocy jakby rzuciła spojrzenie zwężonych oczu nieboszczka Magda Rewer.Z której spływał płatkami jej pomięty urzędniczy garnitur…Widział Fedorę nagą.Taką, jaką ją pamiętał – ciepłą i kobiecą, z ciężkimi krągłymi piersiami, z przesadnie wybujałymi według dzisiejszych wzorców biodrami; na prawym ramieniu ma pieprzyk, ze sterczącym hardo czarnym włoskiem.Jędrnym jak antenka…Samiec, uliczny napalony kundel! Na oczach dwóch poddanych!…–Wysiadaj – powiedział gwałtownie.Zbyt gwałtownie, Fedora szarpnęła się, ale Klaudiusz już nie zamierzał zacierać niezręczności.Jego walka ze sobą trwała długą minutę i kosztowała go kilka nowych siwych włosów – dobra, teraz będzie twardy.Z Fedorą również, i… z nimi.Kamratkami Magdy Rewer.Bez względu na to, ile się ich odkryje w błogosławionym okręgu Odnica.(DIUNKA.LUTY – MARZEC)Tydzień przed zakończeniem zimy wybłagał od przyjaciela uprawiającego wioślarstwo klucze od domku w bazie sportowej.Pod sufitem paliła się żarówka w abażurze z pajęczyny, a ciała zdechłych much rzucały na sklejkę ścian nieproporcjonalnie duże cienie.Do czerwoności rozpaliły się spirale elektrycznego kominka, w kącie leżała pomarańczowa sterta kapoków, a wzdłuż ścian w szyku, jak wartownicy, stały ładne lakierowane wiosła.Klaw siadał na wygniecione łóżko i czekał.Nie wiedział, skąd się pojawi.Przychodzi przez granicę czy kryje się w łozinach? Czy, być może, pod wodą?Drewniane stopnie starego domku cicho skrzypiały pod jej bosymi stopami.Słysząc to skrzypienie, za każdym razem czuł słabość graniczącą z omdleniem.I jeszcze ten odgłos spadających kropel – kap… kap…Otwierały się skrzypiące drzwi.Diunka stała w progu, a mokre, nieuczesane włosy opadały na jej ramiona.Z kosmyków-strąków spływały przeźroczyste strumyki wody.Mętnie połyskiwała wężowa skórka stroju kąpielowego…Najpierw było to dla niego udręką.Plótł jakieś bzdury, usiłując paplaniną pokryć strach i męczący dyskomfort.W takich chwilach Diunka milczała, leciutko uśmiechała się i smutnie, ze zrozumieniem kiwała głową.Potem trochę się uspokoił.Przyzwyczaił się, zaczął naprawdę czekać na randki – już nie na uginających się kolanach, bez osłupienia i koszmarów sennych.Diunka poweselała i wtedy uwierzył w końcu, że wróciła.On mówił, ona słuchała.Wszystkie rozmowy były takie o niczym; czasem kładła mu na ramieniu zimną dłoń, a on zaciskał zęby, starając się nie drżeć.I brał jej rękę w swoją dłoń.A jej ręka z lodowatej stawała się nagle gorącą i Klaw dotykał jej ustami.I mruczał, jak zaprogramowany: „Diunko, ja nikogo poza tobą… Diuneczko, czy nie mogłabyś wrócić całkowicie… Chodź ze mną, będziemy mieszkać w mieście, jeśli chcesz, to rzucę liceum…”Ona milczała i uśmiechała się zagadkowo.Ni to „tak”, ni to „nie”…A potem odchodziła, przykładając palec do warg – kształtna postać, personifikacja wiecznego milczenia.A on zostawał sam w pustym pokoiku, przemierzał go z kąta w kąt, liczył do stu; potem wychodził na zewnątrz, wyciągał spod schodów wyłysiałą miotłę i starannie zamiatał ścieżkę, ponieważ gdzieniegdzie na śniegu, na zamarzniętym piasku widoczne były ślady bosych stóp.Dalej, pod trzcinami, ślady znikały; Klaw odpoczywał, patrzył na gwiazdy, potem brał na ramię swoją sportową torbę i szedł do autobusowego przystanku, żeby za dwa dni przyjechać znowu…Julek Mitec z milczącą aprobatą przyglądał się zmianie w zachowaniu sąsiada.Klaw w końcu znalazł sobie dziewczynę – dobrą, stałą, porządną, nie to co Linka wędrowniczka; Julek poważnie uważał siebie za odpowiedzialnego za wyleczenie druha – w końcu kto tak długo i nienatrętnie nakierowywał go na taki pomysł.Nie nadaremnie poznał Klawa z piękną Mirą, swoją własną byłą przyjaciółką i niechby nawet z Mirą nie wyszło, ale w końcu znalazł chłopak dla siebie przystań!Jedyne, co się nie podobało dobrodusznemu Julkowi to ciągły zapach tytoniu, na stałe już obecny w ich pokoju.Klaw dymił z mocą kombinatu chemicznego.Tanie śmierdzące papierosy.Wczesną wiosną Klaw skończył siedemnaście lat.Chroniczne napięcie, miłość, radość i tajemnica, stale noszone w zakamarkach duszy i pamięci, powodowały, że stał się niezmiernie interesującym obiektem dla wszelkich dziewczyn.Julek pomrukiwał, odnajdując pod drzwiami pokoju kolejne kokietujące posłanie.Klaw tylko się uśmiechał kącikami ust, a kochający życie dobroduszny gamoń Julek kręcił z podziwu głową, widząc taką wierność.Patrzcie go, jaki trwały w miłości, na bok nie skoczy i nawet tam nie zerknie!…* * *Miał na imię Prow, na czystej klatce schodowej przed wąskimi drzwiami jego mieszkania pachniało kurzem i zimnym dymem papierosowym.Iwga przygryzła wargę – ten zapach i wzór na obiciu drzwi, i na dodatek wygięta klamka, przypomniały jej ten dzień, kiedy Nazar po raz pierwszy przyprowadził ją do swego miejskiego mieszkanka [ Pobierz całość w formacie PDF ]